<title_newspaper="Zielony Sztandar"> 
<title_article="Bliej ludzkich spraw> 
<author_1=Jzef Anio>
<language=pl>
<style=press>
<year="1954">
<month="12">
<date=1954-12-19>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>

Do stou podesza teraz starsza ju gospodyni. Cho gow otulon miaa grub, kraciast chustk, dostatecznie wyranie dojrze mona byo jej pomarszczon, steran yciem twarz. Pokornie spojrzaa na siedzcego za stoem urzdnika. W spojrzeniu tym tlia si odrobina lku czy obawy. Nerwowo rozsupywaa kocistymi palcami mae zawinitko.
 ak Maria?  upewnia si urzdnik. W jego palcach zaszeleciy kartki grubej ksigi podatkowej. Te czwart rat chcecie pacie?
 No tak. Chc by w porzdku. Ale...
W tym miejscu gos kobiety zaama si na chwil, Wic urzdnik przyszed z pomoc:
 Co, targowa si chcecie?
 chciaam powiedzie  cigna dalej starsza gospodyni  e za duo ode mnie cigacie. Brat mj, Walski Andrzej, wyjecha na zachd i zostawi mi tylko ptora hektara. Drugi hektar uprawia Pa Jan z Mokrzyszowa i paci z niego podatek. To dlaczego bierzecie za cae 2 i p hektara? Gdzie tu sprawiedliwo? eby to nikt nie wiedzia.
 Ja nic nie wiem, ja pienidze przyjmuj  przerwa jej spokojnie urzdnik. I zaraz energicznie dorzuci:  No jak, pacicie?
 Dy pace ju tyle lat to i teraz zapac, dla witego spokoju  odpara zrezygnowana kobieta.
 A wiecie, e procenty si juz liczy, za zwok  informowa subowym tonem urzdnik.
 To jeszcze i procenty mam paci? Gdzie tu moja wina? Ile to razy chodziam do gminy, podanie zoyam, prosiam: zaatwcie, a dotd adnej odpowiedzi! Wic kto tu zwleka?
 Ja nic nie wiem  pada zza stou odpowiedz.  A e procenty trzeba paci, mwi wyranie rozporzdzenie. Na cianie wisi. Przeczytajcie sobie.
Kobieta spojrzaa na cian, gdzie wisiao rozporzdzenie. Potem przecigana wzrokiem po obecnych w lokalu z takim wyrazem w oczach, jak gdyby szukaa u ludzi yczliwego wsparcia. 

</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>

	
